Memu Młodszy najwyraźniej rozemocjonowany wczorajszym koncertem, wysłuchawszy sporej dawki porządnego bluesa, dał się w końcu przekonać, że jednak po tej stronie brzucha też jest fajnie.
skomentuj - (3) - 2011-03-07 - 23:35:35 - up - down
Zrządzeniem losu, tego i owego, zaszyłam się i niemal przespałam wszystkie te świąteczne popierdółki. Zaszyłam i od czasu do czasu tylko, starym nożem do konserw, z ciekawości, wydłubuję ten antyspołeczny esperal i wychodzę na zewnątrz. I zanim zrobię parę kroków mam ochotę wszyć go sobie cichcem tuż za winklem i znowu się schować.
I dopada mnie i łapie za płaszczyk to niepocieszne przeświadczenie, że świat jest, kurwa, wstrętny... A w atmosferze migoczących gwiazdek, jelonków, płatków śniegu i choinek wydaje się być nawet wstrętniejszy niż zazwyczaj. Bo to taki czas, uśmiechnięci, odświętni, przyodziani w aksamity, cicha noc i ojejku, połammy się wszyscy opłatkiem i złóżmy sobie najlepsze życzenia.
Zdrowia, szczęścia i w ogóle wszystkiego. Wszystkiego po dziurki w nosie i do urzygu.
I to nie tak, że nie lubię. I że nie chcę. I że mnie to nie cieszy. Tylko czasem wielka szpila pod tytułem „bezradność” daje o sobie znać.
Bo w czasie tym jakże szczególnym, miłym, radosnym i spokojnym, można ot tak, dla sportu, z premedytacją, z głębi złośliwości, doprowadzać kogoś do łez a potem pędem do domu nastawiać barszcz, pierogi i stroić choinkę.
I na widok tego zaciskam pięści w bezsilnej złości i potęgą wyobraźni mierzę komuś między oczy i myślę że czasem wypadałoby z gracją po prostu przypierdolić. Śniegową kulą. (Pozostając w atmosferze).
skomentuj - (7) - 2010-12-15 - 15:45:48 - up - down
Już nie mogę się tego Chamowa wyprzeć czyli witajże mi śliczna krakowianko i weź mnie króla za męża.
Ktoś musiał jej dobrze przyłożyć obuchem i, mimo iż nic złego nie popełniła, została pewnego ranka po prostu wyrwana z hibernacji. Bądźmy szczerzy, żenujący stan archiwum nie stanowi na jej korzyść. Jest dowodem ciężkich zaniedbań, bezpardonowego oddawania się lenistwu, rozpasania i upadku jakichkolwiek blogowych obyczajów, słowem – całkowitej degrengolady.
Błyskotliwe kalkulacje, jakich dokonała, wzniósłszy się na intelektualne wyżyny, każą stwierdzić, że gdzieś w czeluściach bezczasu zaprzepaściło się kilka nieopisanych miesięcy. I, choć pomna na słowa, że symetria jest estetyką głupców, szalenie za nią przepadając, nie może znieść widoku niekompletnego kalendarza kłującego w oczy zaglądających tu najwytrwalszych.
Co jednak warto podkreślić z całą stanowczością – Aż dwa wpisy, dodane w tak krótkim odstępie czasowym, nie mogą być spektakularną zapowiedzią rychłego powrotu na łamy. I’ll do my best, jak uczono mnie na kursach, lecz czy i jak długo wytrwam przysiąc nie mogę, gdyż wiem jak jest. A jest tak, że bywa, że mi się nie chce. Miesiącami.
Zachęcona jednak tym niewiarygodnym wybuchem entuzjazmu wśród licznych czytelników zachwyconych wizją powrotu tohu na łamy sieci, postanowiłam podzielić się z Państwem następującymi grzechami.
Przerozmaite koleje losu, jako główny środek Tohu-transportu.
Dzisiaj będzie o konsekwencjach. Powrócę otóż na moment do naszej lakonicznie tu opisanej podróży nadmorskiej.
Czas był zdecydowanie za krótki, by zdążyć ze wszystkimi zaplanowanymi czynnościami. Co tu dużo mówić. Tohu nie zdążyła się zaopatrzyć w pamiątki, suweniry oraz inne popierdółki, co do których żywi nieopisaną słabość. Wracała więc z ustami w ciup, miną posępną, bez Onisiówki miodowej oraz chleba słowińskiego, bez nawet pierników z odwiedzonego przejazdem Torunia [rebus – jaki jest klucz Tohu-pamiątek?], odzywając się sporadycznie, średnio co 200 km, a głos jej brzmiał dramatycznie i wydawało się, że się nie uspokoi. Nie upłynął jednak tydzień, emocje opadły, żal został złagodzony tradycyjnie regionalnym krakowskim sushi, Tohu odzyskiwała uśmiech, gdy listonosz - uosobienie wielu stereotypów przynależnych tej profesji, głównie zaś zmysłu obserwacji i gadulstwa (zwyczajowo zwanych plotkarstwem) [- A panie tu razem? Bo nigdy nie wiem jak doręczać. - Do skrzynki. - Ostatnio byłem z listem i tamtej pani nie było. - Fakt, zdarzają się i takie zaniedbania], zadzwoniwszy dwa razy, stanął w drzwiach z LISTEM ZNAD MORZA.
„Proszę o wskazanie osoby, która w dniu 2010, 2 sierpinia o godzinie 14.43 w miejscowości Kruszyna-Maszt, powiat słupski kierowała pojazdem o numerze rejestracyjnym... ponieważ kierujący ten przekroczył dozwoloną na danym odcinku drogi prędkość o 18 km/h popełniając tym samym wykroczenie które podlega karze grzywny w postępowaniu mandatowym”
Pamiątka z wakacji, kurde blaszka.
Z cyklu: Kwity na Memów.
Występują: Najlepsza z Sióstr, Memur jako Najlepszy ze Szwagrów, Mała Memu jako Najlepsza z Siostrzenic i Pozostali.
Jako, że Mała Memu okazała się nad wyraz udanym dzieckiem, uroczym i błyskotliwym, co – powiedzmy szczerze – nikogo specjalnie nie dziwi, rodzice jej zmotywowani zachęcającymi wynikami swoich działań, postanowili iść tą drogą, co w tłumaczeniu na język lapidarny oznacza - nadciąga Memu Młodsze!
Gratulujemy, cieszymy się i zachęcamy do dalszych wytężonych działań w tym kierunku! Niech nam naród rośnie w siłę!
skomentuj - (14) - 2010-09-16 - 18:31:59 - up - down
Że lata idą to nic, ale w którą stronę, czyli rzecz o mych smutnych…
Gdzieś tak między godziną 17 a 19 czasu środkowoeuropejskiego letniego dopadła mnie jesienna melancholia.
Czyż jesienna melancholia nie jest doskonałym pretekstem do tego, aby przeprosić się z zakurzonym, pozostawionym na pastwę przypadkowych odkrywców googlowych, tohu.blogiem? Jest. Zatem:
Usiądźcie. Opowiem Wam o melancholii.
[i tu wirtualnymi oczyma niewirtualni czytelnicy zaczęli z zażenowaniem rozglądać się na boki, co odważniejsi zainicjowali opcję zamykania przeglądarki i wyłączania komputerów, po chwili zachęceni przedskoczkami dołączali pozostali i kiedy w przestrzeni kosmicznej pogasły już wszystkie światła monitorów, gdzieniegdzie tylko iskrzyły przepalające się świetlówki sal komputerowych i kafejek internetowych, wiatr unosił w pośpiechu pozostawione jednorazowe kubeczki po kawie i wodzie z dystrybutorów, a ulice wypełniły się złowrogą ciszą i tylko psy ujadały do księżyca … i wydawało się, że Tohu kolejny (który to już?) raz porzuci zamiar tworzenia nowej notki, nagle – JEST! jeden wytrwały! pozostał na posterunku – CZYTELNIK! Wzrokiem swym skupionym i zaangażowanym wpatrzony w monitor… A więc czeka! – i pozostał gdy inni uciekli… - pomyślała Tohu i już miały w nią wstąpić nowe pokłady natchnienia, już nawet poczuła to przyjemne mrowienie w opuszkach palców, zwiastowanie weny… gdy nagle jej oko kątem zobaczyło prawdziwą przyczynę cierpliwości, wierności i heroicznego poświęcenia ostatniego wśród ostatnich – z zaangażowaniem i benedyktyńską wytrwałością, z lekko, z emocji, przygryzionym językiem, pochopnie przysposobiony tohu-adresat, pozostając opornym na jakikolwiek kontakt ze światem zewnętrznym, rozbrajał na ekranie pole minowe na planszy wielkości pustyni Kalahari.]
Tu mogłaby się skończyć – przyznacie sami – ta żenująca zajawka notki, ale przecież nie po to, nie po to na Boga, uruchomiłam po roku bez mała blogowy panel administratorski.
Podejmowanie próby zrekonstruowania ostatnich miesięcy jest równie sensowne, co zadawanie pytania „co słychać” osobie, której się nie widziało od podstawówki.
Byłżebych to koniec prześwietnej opowieści? Skądże.
Zastój w tohu-pisaninie ma swoje źródło w galopującym i rozprzestrzeniającym z prędkością challengera pesymizmie.
A wiadomo wszak, że defetyzm i czarnowidztwo nie idą w parze z lekkim i żartobliwym tonem pożądanych wypowiedzi.
Wiadomości i widoki zaokienne pompują codzienne dawki tohu-pesymizmu w ilości 10 milionów atmosfer na dobę.
Życie w kraju, w którym społeczną wyobraźnię urządzają problemy typu – gdzie krzyż, gdzie grób, gdzie pomnik, gdzie sztuczna mgła, gdzie śmierć bohaterska gdzie tylko nieszczęśliwy wypadek i gdzie stadion, wywołuje we mnie mdłości. Coraz bardziej nie chce mi się tu być.
Wybory i konsekwencje podjęcia decyzji ujawnienia siebie wplątują w sieć rodzinnych i społecznych schematów, których coraz bardziej mam dosyć, które mnie zawstydzają, złoszczą, poniewierają i upokarzają.
Bo co z tego, że mamy w domu remont i użeramy się z Wieśkiem i „tego się nie da” Staszkiem. Że urządzamy dom i planujemy wakacje. Że jeździmy na cotygodniowe zakupy, chodzimy do kina, chodzimy głosować, na lodówce wisi kartka z terminem do dentysty, a ktoś z fotela dentystycznego dzwoni i krzyczy do słuchawki przyjedź tu natychmiast i mnie uratuj, a przy kolacji dyskusja kto zawiezie samochód na wymianę oleju. Że mamy fajny dom, w którym non stop odwiedzają nas znajomi, że lubimy się z nimi spotykać. Że chodzimy do knajp i na koncerty i że wsiadamy w piątek rano do samochodu, jedziemy 750 kilometrów żeby spędzić 2 dni nad morzem i we wtorek wrócić, bo przyjadą montować kuchnię, a potem kończy się urlop, a szefowa dzwoniła, że może wcześniej, że jemy śniadania na balkonie, na którym nie mieszczą się już kwiatki, że wyrosła nam w skrzynce z ziołami czterolistna koniczyna, że ktoś musi wymienić uszczelkę w wężyku do pralki, a kto wymienia żarówkę pozostaje bez dyskusji bo tylko moja mniejsza ręka zmieści się w ikeowej kuli i że w ogóle nie potrafimy zasnąć osobno. I tak dwa lata już.
Ale Pan Józek z panią Krysią a także pani Maria z Pipidowa Górnego nie popierają mojego życia.
Gdyż to im zaburza codzienny ład oraz nie mieści się w wyobraźni, wypełnionej przecież po brzeg, bo jest już krzyż, grób, pomnik, sztuczna mgła, śmierć bohaterska i stadion.
skomentuj - (10) - 2010-08-20 - 02:06:33 - up - down
© Copyright tohuwabohu 2005-2009 | design graphic-arts.blog.pl | All Rights Reserved
